…i jak tu sie nie zabić…miałam już ładnie notke napisana i ją tak poprostu bez powodu sksowałam…być mną to naprawdę straszne…w każdy razie wczoraj byłam u kumpeli i razem z dwoma iinymi robiłyśmy plakaty na matme o jakże interesujących filozofach i matemtykach potocznie zwanych Pitagorasem I Talesem…najpierw nam sie komputer zawiesił, a że wszystkie informacje miałyśmy na dyskietkach to ani rusz…jak już chodził normalnie to dyskietki sie nie chciały otworzyc…no i zawiesił sie tak jeszcze z pięć razy…w końcu po godzinie zaczął dzialać normalnie i dyskietka w końcu podzieliła sie z nami pasjonującymi informacjami z życia wspomnianych już wyżej filozofów…plakaty wyszły nam całkiem zgrabnie, choć spięc podczas ich tworzenia było wiele…ja wraz z Lucy znalazłyśmy w kącie pokoju mej kumpeli Dominiki kosz z gazetami…no i oglądałysmy wszystkie po koleji…zeszło nam trochę…potem napisałam jeszcze wierszyk o Pitagorasie i na tym mój udział sie skończył…ale czas nie był stracony, wręcz przciwnie…wyszłam od kumpeli z znacznym łupem…masa naklejek i kolejny plakat do kolekcji, tym razem z Justinem…przykleiłam go do szafki [thnx FAMA za radę, ale ja wolę nie zostawiac otwartych szafek bo to grozi wypadkiem, natomiast zewnętrzną powierzchę szafków mam już oklejoną]…juz o 20:00 będę siedziec sobie przed TV i oglądać na VIVIE polska koncert BLUE…widziałam ten koncert juz dwa razy ale Blue nigdy za wiele…nadchodzący w zawrotnym tępie poniedziałek, jak i cały tydzien, nie zapowiada się interesująco, pomimo swej krótkości…pięc kartkówek, a to przecież tylko trzy dni…ja chyba umrę…jeśli jednak będę w czwartek żyła to się odezwę, bo wcześniej raczej nie da rady…