…jak by nie było szczęście mnie nie opuszcza i wcale mi z tym źle nie jest…dzisiaj przekonana że klasówki z fizyki nie ma poszłam do szkoły….trwało to dość długo, bo 15, którą zazwyczaj jeżdże do szkoły nie śpieszyła się zbytnio i musiałam z kumpelą powędrować do tramwaju number 11, a ten pojazd już mnie nie zawiódł, pomijając fakt, że pędził jakieś 10 km/h…no więc jak doszłam w końcu do tej szkoły [spóźniłam się na religie całe 5 minut, księdzu się ucieszył, że będzie się mógł na mnie trochę powyżywać, ale ja się nie dałam] nóżki mnie straszliwie bolały, bo nie jestem przyzwyczajona do pokonywania tak długich dystansów w tak krótkim czasie [zadyszki można dostać]…w każdym razie siedząc na religi nadal byłam przekonana że klasówki nie będzie…gdy ma ulubiona lekcja się skończyła, zeszłam z mą załogą do piwnicy, w której mieści się moja sala a jej numer to S3…tam też zawsze mamy fizykę…moja pani przyszła do nas na chwilę i mówi że mamy sie tak nie śmiac bo jak nam walnie pytania na kasówce to tylko ona będzie się w stanie uśmiechać…ale pani profesor jeszcze nie wiedziała o tym co miało się zdarzyć i tak jak ja żyła w przekonaniu że klasówkę nam zrobi…gdy dzwonek zadzwonił doszło do mnie że jest źle, ale po chwili wszystko sie zmieniło, a cala klasa znowu zaczęla się uśmiechać…a stało sie tak gdyż przyszła do nas taka pani, która uczy dziewczynki o chorobach układu rozrodczego…na wykładzie było nawet ciekawie…wszystkie dziewczynki były happy jak nie wiem, a ja na ich czele…wszem i wobec stwierdziłam, że zapowiada sie pikny dzien…i sie nie myliłam, lekcje minęły szybciutko i przyjemnie…do tego jeszcze [w sumie to powinno mnie to dobić, ale...po takim piknym dniu] o mej szkole pisze na pierwszej stronie gazety chyba wyborczej…więc jak macie taką w swym posiadaniu to looknijcie na tego artykuła i wtedy przekonacie się, że do 34 LO nie opłaca sie iść…wszystko co tam jest napisane to prawda…